Nasze POŁONINY - Bieszczadzkie Czasopismo Regionalne Artykuły Forum dyskusyjne Galerie Ogłoszenia 
Baza noclegowa   Baza gastronomiczna   Dyżury aptek   Rozkład jazdy autobusów   Plan miasta
Strona główna

Archiwum
Pisane w Bieszczadach
Szukaj w serwisie:
Redakcja

Kontakt

    Gazeta / moduły
    Serwis internetowy

    Baza noclegowa

Artyku³y » ~ Archiwum » [Nr 6/82] Jadą wozy kolorowe
Na wielkim wielobarwnym plakacie traperskie wozy forsują rzekę w bród. Spod końskich kopyt i spod kół wytryskują perliste fontanny. W zachodzącym słońcu cień każdego zaprzęgu długą nieregularną plamą rozlewa się na pomarszczonej srebrzystej tafli wody. Czoło taboru osiąga już przeciwległy brzeg. W skrytych pod plandekami wozach widać rozradowane twarze. Mnóstwo rozradowanych twarzy. Niby nic. Na pewno nie jest to zaczarowana dorożka, zaczarowany woźnica, zaczarowany koń. Zwyczajny wóz, zwyczajny koń, zwyczajny bieszczadzki plener. I zwyczajna pogoda, na którą się ze szczęściem, lub bez, trafiło. Ale na twarzach pasażerów widać magię oczarowania. Zapewne ową zwyczajnością. Niecodzienną dla nich zwyczajnością. Koń od zawsze taki sam, wóz od stuleci niezmienny, tylko woźnica ma komórkę w kieszeni.
Tak naprawdę wozy nie zawsze jadą w bród, nie każdą z wielu bieszczadzkich taborowo-traperskich tras przecina czysta górska rzeka. Ale na każdej są te same niepowtarzalne wrażenia. Jakże inny ogląd choćby doskonale znanego pejzażu. Inny z pozycji piechura, zgarbionego pod plecakiem turysty, czy wyswobodzonego od bagażu spacerowicza, inny niż obserwowany zza kierownicy roweru. Inny, bo krajobraz powoli leniwie przepływa. Wystarczy zastygnąć na drewnianej ławie wozu, czując całym sobą wyboistość drogi, wystarczy łowić woń końskiego potu, wystarczy bez zmęczenia oczu koncentrować wzrok na przydrożnym kwiatku i na dalekim szczycie zamykającym krajobraz, by dać pole wyobraźni. Jakiejkolwiek, byle lotnej, szerokiej. Czy tej z dziecięcych lektur o pionierskich czasach Dzikiego Zachodu, czy też tej historycznie bardziej odległej, a regionalnie bliższej z bieszczadzkich kupieckich traktów na węgierskim szlaku. Namiastka dni i tygodni spędzanych w drodze, przypomnienie, że od zawsze koń był łącznikiem między odległymi sobie ludźmi, że za sprawą konia ludzie stali się sobie bliżsi. Choćby ludzie z obu stron gór. - To wszystko jest proste - mówi pan Maniuś - Koń ma być odważny, by ludzkich pisków, krzyków i gromkich śmiechów się nie bał, spokojny, by gościom, czasem nawet w swych czułościach natrętnym, krzywdy nie czynił, cierpliwy, bo turystom najpierw w głowie tylko jazda i jazda, a potem od ogniska trudno jest ich oderwać. Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że rozwijając charakterystykę konia woźnica nawiązuje do swych własnych przemyśleń. Jedzie, bo taka jest jego z biurem turystycznym umowa, ale przecież nie z samych kursów z turystami żyje. Po ognisku turystów trzeba odwieźć, do domu wrócić i brać się za prawdziwą gospodarską robotę; jeśli już nie tego wieczora, to najpóźniej o jutrzejszym świcie.
- To wszystko jest proste – peroruje pan Krzysio – Wóz ma być bezpieczny, wygodny i czysty, plandeka ma nie puścić wody w czasie ulewy i jednocześnie nie może nikomu przesłaniać widoku, a cała konstrukcja ma być solidna. Acha, i jeszcze nie wypada, żeby coś piszczało czy skrzypiało, bo to złą opinię woźnicy wystawia. A co do konia, bo Maniek o tym nie mówił, to trzeba jeszcze dodać, że ma być czysty, o co wcale niełatwo, bo go wciąż na postoju te miejskie brudasy głaszczą, klepią i całują.
- To wszystko jest proste – wyjaśnia pan Zbysio – Woźnica ma być uprzejmy, niczym kierowca tutejszego PKS-u przejętego przez francuską firmę, musi umieć milczeć, jeśli gościom wystarcza rozmowa we własnym gronie, musi być rozmowny, gdy pasażerowie tego od niego oczekują, musi mieć uzdolnienia pedagogiczne, by bez obrazy przekonać paniusię z miasta, że herbatnika nie wkłada się między końskie zęby dwoma palcami lecz podaje na otwartej dłoni, talent dydaktyczny, by klarować, że „heta” to w prawo, „wiśta” w lewo, a „wio” to do przodu i wreszcie cierpliwość, by za każdym kursem dzieciakom tłumaczyć, że koń, by zrobić kupę, wcale nie musi się zatrzymać, czego maluchy chowane w miłości do zwierząt wciąż się w imieniu konia domagają.
Zestaw spraw prostych daje prosty sumaryczny efekt. Pasażerom wakacyjną przygodę, poczucie pokonywania przestrzeni w niecodzienny dla nich sposób, poczucie uczestnictwa w korzystaniu ze zbiorowej komunikacji w historycznym wydaniu i wreszcie poczucie stałej prędkości jazdy większej niż osiągana przy przedzieraniu się przez miejskie korki. Konie też są zadowolone; po nocy w zatęchłej stajni dotleniają się przy lekkiej w końcu pracy, mniejszym niż w polu czy w lesie wysiłkiem zarabiają na swój worek owsa. I woźnica krzywdy nie ma, wszak każdy grosz jest w domu potrzebny. Inna rzecz, że już nieraz o rzuceniu tej roboty myśleli, bo nie zawsze im nerwy wytrzymują. – Ludzie są różni. Od czasu do czasu taki pasażer się trafia, co wspomina wakacje z dzieciństwa i przywołuje postać wujka, który był najlepszym we wsi furmanem i teraz tych nauk nam chce udzielać. Należałoby gościa z wozu zwalić, albo batem mu przylać, ale cóż, umowa o grzeczności z firmą turystyczną obowiązuje; w rękach lejce i bat, uszu nie ma jak zatkać, pozostaje zacisnąć zęby i jechać dalej. Tak mówią, ale akurat pod tą wypowiedzią nikt się nie podpisze.

Jakub Demel

[Nr 6/82] Jadą wozy kolorowe



Imiê
E-mail
Temat
Tre¶æ
Przepisz kod:

 

© 2003-2012 Nasze Po³oniny - Bieszczadzkie Czasopismo Regionalne

Wykonanie i administracja strony: JWK WebStudio