:: [8/120] Witold Firak - wracam do polityki
Artyku³ dodany przez: Redakcja (2011-07-06 08:55:13)

Spacer ówczesnego Marszałka Sejmu Marka Borowskiego do jego pokoju w domu poselskim śledziła- za pośrednictwem telewizji- cała Polska. Po wyjściu z pokoju posła Witolda Firaka marszałek stwierdził iż poseł jest po spożyciu alkoholu. Jednak sam fakt spożywania alkoholu w gruncie rzeczy nie jest wykroczeniem. Wykroczeniem miały być okoliczności w jakich to nastąpiło, a tutaj już zdanie Witolda Firaka różni się zasadniczo od zdania Marka Borowskiego.



Wiesław Stebnicki - Jak to faktycznie było?

Witold Firak - W czasie tej sesji sejmu, a dokładnie w dniu w którym doszło do tych zdarzeń, miałem przedstawić stanowisko Komisji Regulaminowej- której byłem przewodniczącym- dotyczące głosowania nad odwołaniem Andrzeja Leppera ze stanowiska wice- marszałka Sejmu. Po zapoznaniu się z wnioskiem doszedłem do przekonania, że właśnie regulamin Sejmu nie pozwala na takie posunięcie i odmówiłem złożenia takie wniosku. Swoje stanowisko na piśmie przedłożyłem w kancelarii sejmu i już po pracy poszedłem do restauracji gdzie faktycznie do obiadu piłem alkohol. Wróciłem do Domu Poselskiego, powtarzam, do Domu Poselskiego, który na czas sesji sejmowych dla posłów spoza Warszawy jest taką namiastką prywatnego domu. To tak mniej więcej jakby każdego z nas, po pracy, w domu odwiedził nasz szef i miał pretensje, że przy telewizorze pijemy piwo. Odwiedził mnie więc tam Marek Borowski, a po tej wizycie wybuchła afera. Było duże parcie na usunięcie Leppera, szczególnie śledziły to media, więc sprawa była ważna dla sejmowej koalicji. Argumenty moje, że tak powiem, nie przekonały Marszałka i oczekiwał jednak mojego wystąpienia. Spyta ktoś dlaczego nie odwoływałem się od decyzji o ukaraniu mnie. Jako byłego członka PZPR obowiązywała mnie z przyzwyczajenia tak zwana dyscyplina partyjna i od decyzji o ukaraniu nie odwoływałem się.

W. S. - Czy uważa więc Pan, że jest za co wyborców przepraszać, czy nie?

W. F. - Oczywiście mam świadomość, że sporej części moich wyborców mogło się to nie podobać i za to ich przepraszam. Mam też jednak żal do ówczesnych władz partyjnych, które z różnych przyczyn zrobiły z tego aż taką aferę, one też powinny przeprosić. Swoje odcierpiałem. Przez jakiś czas byłem bezrobotnym, tak jak wielu mieszkańców Podkarpacia i Bieszczad, teraz pracuję w zakładzie budżetowym w Warszawie i w końcu doszedłem do wniosku, że pora wrócić do czynnego życia politycznego.




W. S. - Dlaczego akurat tutaj w Bieszczadach zamierza Pan ponownie startować?

W. F. - Odkąd Elżbieta Łukacijewska odeszła do Parlamentu Europejskiego, odkąd ja zniknąłem z Parlamentu, pozostali w sejmie posłowie zapomnieli o naszym regionie, o Bieszczadach. Wprawdzie ciężar decyzyjny w wielu sprawach przeszedł przez te lata na samorządy, to jednak parlament ma jeszcze wiele do powiedzenia. Myślę, że jest wiele sytuacji, spraw, w których mógłbym pomóc samorządowi i Bieszczadom, bowiem region ten nie ma praktycznie swojej reprezentacji w Sejmie, a zasługuje na to ze wszech miar. Zawsze byłem człowiekiem aktywnym, bycie urzędnikiem nie leży w moim charakterze, stąd więc próba powrotu.

W. S. - Może przypomni Pan co do tej pory zrobił dla regionu?

W. F. - Było tego trochę. Byłem posłem przez pełne trzy kadencje od 1993 do 2005 roku. Dziś niektórzy koledzy nie chcą mnie przypisywać do konkretnych przedsięwzięć zakończonych sukcesem, ale faktów nie da się przeinaczyć. Choćby sprawa „Bieszczadzkiej ciuchci”, w której reaktywację mocno się zaangażowałem. Nie jestem w tej chwili we władzach fundacji, ale to między innymi za moją sprawą wyremontowano i sprowadzono do Cisnej dwa parowoziki. Swoją cegiełkę włożyłem też wspólnie z władzami Ustrzyk w uruchomienie przejścia granicznego w Krościenku. Byłem też współtwórcą otwarcia kolejowego przejścia granicznego na Słowację przez Łupków. Poprzez swoje kontakty ze śp. Minister Barbarą Blidą w Ustrzyckich spółdzielniach mieszkaniowych wymieniono kilka stropodachów na dach dwuspadowe. Docieplono też kilka bloków mieszkaniowych. Poprzez nieżyjącego już ministra sportu Stefana Paszczyka pomagałem władzom Ustrzyk pozyskać środki finansowe na budowę krytej pływalni. Miałem swój spory wkład w generalny remont szkoły podstawowej w Bandrowie, Komendy policji w Ustrzykach, oczyszczalni ścieków. Brałem aktywny udział w bezbolesnym dzieleniu dużego powiatu Bieszczadzkiego. Dodam też, ze także inne miejscowości jak choćby Brzozów, Przemyśl, jasło, Krosno, Lesko korzystały z mojej pomocy.
Uważam, że rzeczą najważniejszą były moje kontakty bezpośrednio z wyborcami. Ja prócz postaw Wrony, byłem tutaj przynajmniej raz w miesiącu i godziny czasu poświęcałem na spotkania i interwencje w sprawach obywatelskich. Dziś jak słyszę niektórzy posłowie zaszczycają Ustrzyki jedną wizytą w roku, a są i tacy co byli tutaj tylko na otwarciu swego biura.

W. S. - Można więc powiedzieć, że Pana start w tegorocznych wyborach parlamentarnych to fakt bezsporny?

W. F. - Tak. Decyzje zapadły. Nie znam swego miejsca na liście bo na to jeszcze za wcześnie, nie rozpoczynam kampanii wyborczej, bo na to też przyjdzie pora. Po prostu odwiedzam Bieszczady, by przypomnieć o sobie i o tym, że są mi one bliskie sercu mimo iż mieszkam w okolicach Warszawy.

W. S. - Dziękuję i życzę wyborczego sukcesu.


adres tego artyku³u: http://www.naszepo³oniny.pl/articles.php?id=1368